Ja naprawdę nie wiem, co się z tym mylogiem dzieje. o.O
Jeden wielki koszmar! Nawet licznik odwiedzin się zrąbał. I nawet księga gości! I nawet coś z linkami siadło! Nawet parę komentarzy skasowało. >.<
Kochani, oto notka!
Taaaak!
Najprawdziwsza, choć dość krótka ;D
Zapraszam.
Ach... I jeszcze proszę o rejestrowanie się tutaj. ^^
~*~
-To się nie uda. – stwierdził wysoki, czarnowłosy mężczyzna i wycelował różdżką w przytuloną do niego dziewczynę. Mruknął coś pod nosem. Błysnęło różowe światło.
***
Obudziłam się rano z poczuciem misji.
Może to nie było takie rano…
Zegarek bezlitośnie wskazywał 12:53.
Cholerne badziewie!
Przeciągnęłam się i powłócząc nogami, polazłam do łazienki.
Tyle czasu minęło…
Z ekstremalnie wielką szopą na głowie, już przygotowana do zajęć, wyleciałam ze swojego pokoju na skrzydłach miłości.
-Tralalala…
-Diana, już po zajęciach. – Charlo spojrzała na mnie nieco krytycznie i wyciągnęła z mojej ręki teczkę – Właśnie z nich wracam. Snape stwierdził, że obedrze cię ze skóry i obwiesi sobie twoimi flakami pracownię, by kolejne pokolenia wiedziały… że z Mistrzem Eliksirów nie wolno zadzierać. Tristana też nie było, ale ten stary nietoperz gada tylko o tobie! Podchodzi i syczy: ‘Ten eliksir wygląda parszywie! Zupełnie jakby była to robota Saweckiej!’, ‘Masz tak tępą minę jak Sawecka!’. Czyżbyś była jego fetyszem?
Zamarłam.
Paszcza zjechała mi dziesięć pięter w dół.
Przycupnęłam na schodach i obserwowałam przyjaciółkę z zainteresowaniem.
-Co ten Snape do mnie ma? – spytałam ponuro.
Chłodny, nieprzystępny, nieczuły, oziębły Severus.
Myśli, że jest panem i władcą świata?
-‘Myślisz jak Sawecka!’, ‘Masz tak złe wyniki jak Sawecka!’, ‘Chodzisz na kolanach jak Sawecka! Kolejny Homo sapiens sapiens debilus!’. – Charlo kontynuowała swoją misję uświadamiającą.
Schowałam twarz w ręce.
-Co za…
No tak.
Jak określić jednym słowem takiego…
Świra?!
Prostaka?
Sadystę?
Socjopatę?
Kpiarza?
Okrutnika?
Barbarzyńcę?
Gbura?
Oprawcę?
Kata?
Potwora?
Dręczyciela?
Zwyrodnialca?
Zdegenerowanego i krwiożerczego Mistrza Eliksirów?
Niszczyciela Diankowej psychiki?
-…niegrzeczny typ!
-Mocne słowa. – pochwaliła mnie Charlo – Ale i tak nie wiesz jeszcze o najgorszym.
Znieruchomiałam, spodziewając się najgorszego.
A może mnie wywalił na zawsze ze swoich zajęć?
Po policzkach Charlotty spłynęły łzy.
Rzuciła się na mnie.
Umh…
Uh…
-Duszą! – wyjęczałam ostatkiem sił i padłam martwa.
Martwa nie do końca.
Właściwie to żywa.
Tylko żywa tak nie do końca.
To straszne piętno zostało boleśnie odciśnięte w mojej duszy.
W samym środeczku.
-Na koniec… Na koniec… - Charlo wpadła w jakąś histerię.
-Będę mieć traumę do końca swych dni. – ostrzegłam, wyrywając się z jej objęć. Zbiegłam do pokoju wspólnego, wymijając drużynę Quidditcha.
-I tak wiem, że wszyscy mnie kochacie! – zawołał Evan Jason McGordon. Zapewne znów zrobił coś głupiego, ale… obecne roczniki nie należą do zbyt światłych, więc jego wyznaniu towarzyszył pomruk aprobaty – O… cześć, Diana!
-Ratuj! – wydarłam się i schowałam się za jego plecami.
Na małe show zawsze można sobie pozwolić.
Zwłaszcza w godzinach wczesnoporannych.
-Chcą cię zabić? – spytał z wyraźnym zainteresowaniem.
-Diaaaaaaaaana! – i tak zostałam upolowana.
Na nic się nie przydają ci faceci.
Można ich śmiało wywalić z tej szkoły.
‘Czarodziej’… Nawet sama nazwa brzmi nieco obciachowo.
A ‘czarownica’… Widzicie różnicę?
Jako normalna, miła, grzeczna, kochana, cudowna dziewczynka poszłam posłusznie za Charlo.
***
-Na koniec podszedł do Ethlinn. Wyłożył się niemal na jej ławce, nie zaglądając nawet do kociołka. O mało bidula nie zemdlała. Już wtedy! – mówiła z przejęciem Charlotte. Drżałam. Może też dlatego, że wyciągnęła mnie na dwór, nie dając założyć wcześniej płaszcza, a było jakieś -15 stopni Celsjusza. Biada mi, oj, biada! – Jak każda normalna Gryfonka myślała pewnie o najgorszym. Na przykład: ‘Zabije mnie, on mnie zabije! Zrobiłam coś źle! Już mam wystarczająco dużo Trolli w tym semestrze!’. No… tak czy inaczej coś w tym rodzaju. A ten do niej z tym swoim piekielnym uśmieszkiem… zgadnij co!
-Nie wiem co. – odpowiedziałam.
Po co się wysilać?
Od tego ma się przyjaciółki ze słowotokiem.
I tak nasza kochana Dianusia dowie się wszystkiego.
Bez niepotrzebnego strzępienia języka nad jakimiś psychodelicznymi wyobrażeniami.
-On wyciąga zza pazuchy twój sprawdzian. – kontynuowała Charlo. Teraz już z wypiekami na twarzy – I tak niby cichutko, ale w klasie przecież nie ma prawie żadnych hałasów, chyba, że ktoś wysadza coś w danej chwili w powietrze, więc wszyscy to słyszeli.
-Co niby cichutko?! Kolejny Troll?!
Moje serce przestało bić.
Zaryłam nosem w śnieg.
-O ja nieszczęśliwa!
Zaczęłam walić pięściami w ten cholerny biały puch.
Jacyś pierwszoklasiści uciekli z dzikim przerażeniem w oczach.
Puchoni…
Więc co się dziwić?
Takie to małe i strachliwe…
Jakby ciocia Diana mogłaby zrobić im coś złego.
-Nie… Dostałaś chyba coś przyzwoitego. O dziwo. – Charlo popatrzyła na mnie jak na ciekawy okaz w ZOO. Przykucnęła, głaszcząc mnie po głowie.
-Mmm…
-Tak, Diano. Ale on na tym nie poprzestał. Z jakimś dziwnym uśmiechem pyta, czy… Ehem… To ja może zacytuję: ‘A co z Dianusią? Chora? Czy nadal rozmawia ze swoją kością ogonową?’.
-Matko… Jaka kość?
Szok.
Nawet tarzanie się po ścianie nie pomogłoby wyrazić moich uczuć.
W dodatku ostatnimi czasy jestem chyba bardziej opanowana.
To się nazywa postęp.
-Et zemdlała. A my… A my… Koniec końców… zanieśliśmy ją do pielęgniarki… Ale najpierw… wszyscy dostali…
-Choroby sierocej? – podsunęłam.
-Taaa… A Snape chyba wcale nie chciał tego powiedzieć. – mruknęła moja przyjaciółka, podnosząc mnie z westchnieniem ze śniegu – Nie zdążył ugryźć się w język… ale…
-To, co roi się w jego małym, czarnym serduszku pozostaje wielką tajemnicą. – dokończyłam.
Również mi było słabo.
Zawroty głowy…
Burczenie w brzuchu…
-A co tam! – wykrzyknęłam radośnie – Idę do kuchni!
***
Skrzaty domowe to bardzo pożyteczne stworzonka.
Dostałam swoje wymarzone lody czekoladowo-truskawkowo-rumowo-pomarańczowe.
Jednakże nie ograniczyły się tylko do minimum.
Wpakowały mi dodatkowo rodzynki i orzeeeeszki!
-Kochane! – zawołałam z ekstazą i zabrałam się za jedzenie.
Jadłam…
I jadłam…
I jeszcze raz jadłam…
Aż się uszy trzęsły…
Ślepia świeciły…
Opanowała mnie skrajna ekstaza…
I…
I…
Umh…
Do kuchni ktoś wszedł.
-Jeden absynt na miejscu. – usłyszałam zamówienie. Głos dziwnie znajomy.
Po chwili wyłoniła się cała persona.
Nietoperz.
-Dzień dobry, panie profesorze! – wstałam, machając do niego łapeczkami.
Skoro jest już tak stary, że we łbie mu się miesza, trzeba okazać trochę sympatii... jakiegoś ciepła.
Em.